KIEDY UJRZAŁAM GO PO RAZ PIERWSZY, był ponury wrześniowy poranek. Stałam na skraju drogi łączącej mój dom rodzinny z szosą prowadzącą do miasta, czekałam na szkolny autobus i najzwyczajniej w świecie pilnowałam swojego nosa. Zastanawiałam się, ile razy w życiu czekałam już na ten autobus. Jak zwykle, zabijałam czas obliczając - jak przystało na prawdziwą miłośniczkę nauk ścisłych. Wtedy właśnie go zauważyłam.
Nagle znajomy odcinek szosy wydał mi się dziwnie nieprzyjazny i osamotniony. Pod rozłożystym bukiem po przeciwnej stronie stał nieznany mi chłopak z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Nisko rosnące, powykrzywiane gałęzie drzewa otulały go ze wszystkich stron, niemal całkowicie skrywając w cieniu jego smukłą postać. Mimo to bez problemu dostrzegłam, że ma na sobie ciemną marynarkę, czarne rurki.. Ogólnie był ubrany na czarno. Żołądek podszedł mi do gardła. Przełknęłam głośno ślinę. Kto kryje się pod drzewem na odludziu, bladym świtem! Musiał dostrzec, że go zauważyłam, bo niespodziewanie się poruszył, jakby niezdecydowany, czy ma odejść, czy przejść przez ulicę. Nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam bezbronna codziennie rano, kiedy samotnie czekałam na przystanku. Z drżącym sercem wyjrzałam na drogę. Gdzie się podziewa ten głupi autobus?! I dlaczego tata musi być takim zagorzałym fanem transportu publicznego? Przecież mogłabym mieć samochód, jak każda nastolatka w moim wieku. Ale nie, ja muszę co dzień rano jeździć z innymi autobusem, by polepszyć sytuację naszego środowiska. Czujecie ten sarkazm? W tym cennym ułamku sekundy, który spędziłam, użalaniu się nad sobą, tajemniczy nieznajomy zaczął iść w moją stronę i mogłabym przysiąc, że kiedy wyłonił się z cienia - dokładnie w momencie, gdy autobus, dzięki Bogu, zamajaczył na szczycie wzniesienia oddalonego o jakieś 50 metrów od skrzyżowania - naprawdę mogłabym przysiąc, że powiedział:"Lily".
Moje dawne imię.. Imię, które nadano mi zaraz po urodzeniu, zanim zostałam adoptowana, przywieziona do Anglii, do Londynu, i przechrzczona na Annabelle Collins..
A może się przesłyszałam, bo ogłuszył mnie przeraźliwy pisk opon na wilgotnym asfalcie, zgrzyt sprzęgła i syk drzwi, które otworzył dla mnie kierowca autobusu - stary pan Dilly. Kochany, najukochańszy (w tamtym momencie) autobus numer 23. Nigdy jeszcze nie czułam takiej radości z powodu wejścia do środka.
Burknąwszy zwyczajowe: "Dzień dobry, Anna", pan Dilly wrzucił bieg, a ja chwiejnie ruszyłam w głąb pojazdu w poszukiwaniu pustego miejsca lub przyjaznej twarzy pośród zaspanej i nieszczęśliwej młodzieży. Dostrzegłszy wolne miejsce na samym końcu autobusu, opadłam z ulgą na siedzenie. Może przesadzam. Może zadziałała bujna wyobraźnia albo naoglądałam się zbyt dużo seriali kryminalnych i ponoszę teraz tego konsekwencje? A może tajemniczy nieznajomy faktycznie chciał zrobić mi krzywdę...
Przekręciłam się na fotelu, wyjrzałam przez tylną szybę i poczułam ucisk w dołku.
Wciąż tam stał, ale teraz na samym środku drogi, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, i wpatrywał się w odjeżdżający autobus. We mnie.
"Lily..".
Czy rzeczywiście nazwał mnie tym dawno zapomnianym imieniem? A jeśli naprawdę znał takie szczegóły z mojego życia? Co jeszcze tajemniczy, niknący w porannej mgle (skąd ta mgła?) nieznajomy wiedział o mojej przeszłości?
A przede wszystkim, czego ode mnie chciał?
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń